niedziela, 29 marca 2026

Samotność trwa (Suzanne Vega)

Suzanne Vega

Samotność trwa


Samotność stoi przy oknie

Odwraca swą głową gdy wchodzę do pokoju

Widzę po jej oczach, że czekała

Stojąc w przesileniu poźnego popołudnia


I zwraca się do mnie z wyciągniętą ręką

Jej dłoń jest rozszczepiona kwiatem płomieniem


Samotność stoi w drzwiach

A mnie znów uderza jej czarna sylwetka

Jej długie zimne spojrzenie i jej milczenie

nagle przypominają każdy raz, gdy się spotykaliśmy


I zwraca się do mnie z wyciągniętą ręką

Jej dłoń jest rozszczepiona kwiatem płomieniem


I mówi "Przyszłam rozwiązać splątaną rzecz"

I mówi "Przyszłam rozświetlić to ciemne serce"

I chwyta mnie za przegub, czuję piętno jej strachu

I mówię "Nigdy nie spodziewałam się znaleźć cię tu"


Odwracam się do tłumu kiedy na mnie patrzą

Siedzą wszyscy razem w ciemności w cieple

Chciałam być tam pośród nich

Widzę jak ich oczy skupiają się w jedno


I wtedy ona zwraca się do mnie z wyciągniętą ręką

Jej dłoń rozszczepiona kwiatem płomieniem


I mówi "Przyszłam rozwiązać splątaną rzecz"

I mówi "Przyszłam rozświetlić to ciemne serce"

I chwyta mnie za przegub, czuję piętno jej strachu

I mówię "Nigdy nie spodziewałam się znaleźć cię tu"


Samotność stoi w drzwiach

A mnie znów uderza jej czarna sylwetka

Jej długie zimne spojrzenie i jej milczenie

nagle przypominają każdy raz, gdy się spotykaliśmy


I wtedy ona zwraca się do mnie z wyciągniętą ręką

Jej dłoń rozszczepiona kwiatem płomieniem

(1987)


wtorek, 24 marca 2026

Liczby pamięci

Minął rok od naszej rozmowy telefonicznej.

Wkrótce minie dziesięć lat od tamtej wizyty w bibliotece gminnej.

Jakoś tak dwadzieścia lat temu byłem w tym barze przy Placu Trzech Krzyży, przeżywając – nieświadomie oczywiście – dzień, który zmienił, a na pewno mocno wpłynął na moje dalsze życie.

Liczby pamięci. Czy ktoś o nich kiedykolwiek pisał? Jeśli nie, to zaklepuję sobie tę frazę. 

Liczby pamięci towarzyszą mi od dawna – takiemu fanatykowi historii, który jeszcze do niedawna żył mentalnie  jedną nogą w fin de siècle, a drugą po I wojnie światowej.

*

Kilka dobrych lat temu – a może właśnie dziesięć lat temu? – zwierzyłem się ze swojego magicznego myślenia liczbami pewnej koleżance z pracy, która zdobyła moje zaufanie. Tłumaczyłem to na przykładzie wojny: skoro sto lat temu, załóżmy w 1916 roku, wojna była w toku, a dopiero od 1917 zaczęła mieć się ku końcowi, to może mój osobisty życiowy rejwach również za rok, za dwa dobiegnie końca? Skoro życie do 2014 idealizowało mi się we wspomnieniach jako okres arkadyjski… Koleżanka wyśmiała mnie, sugerując, że powinienem poddać się "odmagiczniającej" terapii. Co mnie zdziwiło, była dyplomowaną psycholożką. Zaskoczyło mnie wtedy to wtedy, że jak na psycholożkę wyraziła się w sposób bardzo oceniający. Ale to było, no właśnie, jakieś dziesięć lat temu. (Jeśli kogoś to ciekawi, nie mamy ze sobą od dawna kontaktu – a zaufanie jakoś wyparowało).

*

Tak naprawdę to nie o liczbach, ale o pamięci myślałem dzisiaj, spacerując raźno wiosennym, zieleniejącym Powiślem. To oczywiste, ale warto to powtórzyć: nie jesteśmy w stanie tworzyć wspomnień na bieżąco, uświadamiając sobie w danym momencie: to jest bardzo ważny moment, będę go często wspominać. Oczywiście, jakaś świadomość wydarzeń, dat w nas pozostaje, ale jakie niespodzianki pozostają nam w spichlerzu wspomnień? Sprzed dwudziestu lat pamiętam marcowe słońce i smak ciabatty z łososiem ze "Szpilki" – Buły Wikingów (nazwę też, jak widać, pamiętam!) Sprzed dziesięciu lat – temperaturę feriowej kąpieli w wannie, ból łydek, kiedy opieram się na stopach w starej siedzibie falenickiej biblioteki, usilnie szukając któregoś z tomów serii o Emilce Montgomery. Sprzed roku – spacer po budzącym się do życia lesie i czesanie rodzących się w głowie myśki; bicie serca, kiedy w samochodzie, rozmawiam z dawną koleżanką z pracy. I oczywiście mnóstwo innych rzeczy, ale to już w zależności od miesiąca i dnia… I to natrętne pytanie w tyłu głowy - ile to już lat? No i pyk - zagadka, jeśli jest to okrągła rocznica: magia liczb czy czysty przypadek?

sobota, 24 stycznia 2026

Luka

Nie mam wątpliwości co do tego, że Suzanne Vega jest jedną z najwybitniejszych współczesnych poetek. Jej utwory, oryginalne pod każdym względem – sama jest ich autorką zarówno jeśli chodzi o tekst, jak i o muzykę – w zwięzłej (bo w końcu są to piosenki), metaforycznej (bo jest to poezja) formie dotykają tego, co wyrazić niezmiernie trudno – a tym trudniej jeszcze poruszyć w odbiorcy tę wrażliwą strunę serca.

Suzanne skomponowała w latach 80. i 90. całe mnóstwo utworów będącymi genialnymi lub ocierających się o genialność; i chociaż artystka tworzy nadal, to właśnie teksty pochodzące z tych dwóch dekad najgłębiej poruszają jej fanów. Luka, jedna z jej najpopularniejszych piosenek, jest bezprzecznie także moim numerem jeden. I także dziś, słysząc jej pierwsze dzwięki i gitarowe intro, czuję na sobie ożywczy podchmuch wiosennego wiatru, chociaż przesłuchałem ją na pewno już setki razy.

W latach mojego dzieciństwa i młodości Luka był hitem radiowym – każdy znał tę piosenkę, chociaż – co było nagminne w tamtych czasach – niewiele osób pochylało się nad jej tekstem. Miła dla ucha, lekka, durowa melodia akompaniująca kojącemu głosowi Suzanne wydawała się czymś absolutnie czarującym i niewinnym – jedną z wielu piosenek o miłości, jakich wiele w każdej dekadzie serwują nam stacje radiowe; idealna piosenka do samochodu, którą będziemy nucić sobie podczas jazdy lub stania w korku.

Wyjątkowo wyraźnie utkwił mi w pamięci ten moment, kiedy – niespodzianie – pewnego wiosennego dnia doszło do mnie, o czym naprawdę jest ta piosenka. Byłem wtedy na drugim roku studiów i, jako dumny posiadacz gramofonu (zwanego wtedy przez wszystkich uparcie adapterem) odtwarzałem sobie po raz nie wiem który kupioną w nieistniejącej już hali na Koszykach szóstą stronę kompilacji Die neue Kuschelrock z 1988 roku (była to druga edycja słynnej w latach 80. i 90. składanki romantycznych – o ironio – hitów, jak sam tytuł wskazuje – „do przytulania”). Musiałem w tamtym momencie doświadczyć jakiegoś deficytu skupienia w wykonywanej przez siebie czynności, bowiem uderzyły mnie śpiewane przez Suzanne słowa: „They only hit until you cry”.

Tego samego bądź następnego dnia jechałem tramwajem z moją przyjaciółką ze studiów, Martą: spieszyliśmy się na warsztaty teatralne na Ochocie, w których obydwoje uczestniczyliśmy w ramach projektu (w maju 2006 roku Niemcy były głównym gościem Warszawskich Targów Książki i w związku z tym, jako ambitni studenci germanistyki, wystawialiśmy fragmenty Fausta na warszawskich ulicach). I właśnie wtedy, gdzieś w okolicach przystanku Bitwy Warszawskiej 1920 Roku, w bieg naszej rozmowy o ulubionej przez nas wówczas muzyce wkradł się Luka, po czym zaraz padło to pytanie: „A wiesz, o czym naprawdę mówi ta piosenka?”

Z dzisiejszej perspektywy wydawać się to może niewiarygodne, ale nawet wtedy uchodziło za wręcz niemożliwe, iż ten niewinny radiowy hit może mówić o przemocy domowej wobec dziecka. A sam temat, jakkolwiek zamiatany – tak samo jak w piosence Susanne – pod dywan, był nam wszystkim wtedy dobrze znany. Bo w najlepszym razie każdy znał jakiegoś Lukę, któremu nie zadawało się zbędnych pytań.

Na YouTube teledysk Luki, w którym młoda, prześliczna Suzanne Vega ukrywająca się za błękitnym filtrem szwęda się po ulicach Manhattanu i parkach Brooklynu, zyskał ponad 26 tys. komentarzy – opowiadają w lwiej części dramatyczne historie, których doświadczyli bądź o których słyszeli sami ich autorzy. W doskonałym krótkim dokumencie poświęconym tej piosence (Luka. The Story Behind The Song) opowiada o piosence sama, oprowadzając widza po Nowym Jorku swojego dzieciństwa – miejscach, gdzie mieszkała i gdzie oglądała, może też doświadczała, aktów przemocy wobec dzieci. Najbardziej wstrząsające dla mnie pozostaje powracająca jak fala wypowiedź, iż żyją na świecie ludzie, którzy nie są w stanie wysłuchać tej piosenki do końca – tak wielką traumę w nich ewokuje. Miejmy jako ludzkość nadzieję, że dziś sytuacja wygląda inaczej. I może ta na pierwszy rzut oka enigmatyczna, niewinna piosenka dokonała przełomu w rozmawianiu na ten niezmiennie stabuizowany temat, jak świat długi i szeroki.


niedziela, 18 stycznia 2026

Zachwyt

Uwielbiam obserwować u swoich studentów ten sam zachwyt literaturą, który towarzyszył mi 20  15 – 10 lat temu... Czuję się wtedy trochę tak, jakbym podróżował w czasie.

Lubię słuchać głosy zachwytu nad literaturą, która zachwycała przed laty mnie; czy będą to Niepokoje wychowanka Törlessa Roberta Musila, Konformista Alberto Moravii, Lektor Bernharda Schlinka czy też  ostatnio  genialne Sercątko Herty Müller.

Pielęgnuję w pamięci słowa wdzięczności, jakie płyną do mnie od zaczytanych studentów; to zaszczyt dla mnie być zapamiętanym jako ten, który innemu człowiekowi polecił wspaniałą lekturę.

*

Jeśli pytasz, czy jest jeszcze nadzieja dla tego świata i jeśli tak, to gdzie ona się skrywa  wskazuję odpowiedź.


czwartek, 4 grudnia 2025

Ja, głupi Słowianin (i Bałt)

(...) Gdy ducha z mózgu nie wywikłasz tkanin,
Wtedy cię czekam, ja, głupi Słowianin,
Zachodzie — ty!… 

A tobie, Wschodzie, znaczę dzień widzenia,
Gdy już jednego nie będzie sumienia
W ogromni twej. (...)

Cyprian Kamil Norwid, Pieśń o ziemi naszej

Kilka tygodni temu, na lotnisku Schiphol w Amsterdamie, miałem sposobność spełnić swoje małe marzenie - poddać się testowi, który na podstawie kodu genetycznego miał określić w przybliżeniu moje pochodzenie etniczne. O tych testach słyszałem już przed kilkoma laty - i pamiętam, że z samego początku wzbudziły mój niepokój; pomyślałem sobie, że pochodząc w zasadzie z każdego miejsca na Ziemi, ale w szczególności z Europy Środkowo-Wschodniej, należy liczyć się z ewentualnymi niespodziankami, które w wyniku takiego testu mogą się objawić - aczkolwiek po pewnym czasie ciekawość wzięła nad tą trwogę górę. Sposobność nasunęła się sama - na Schiphol, w hali odlotów, firma MyHeritage postawiła swój sklepik, w którym próbkę DNA można było zostawić na miejscu, bez przymusu wysyłania testu pocztą, co skutecznie zredukowało jego cenę do symbolicznych 30 euro. Takiej okazji trudno było się oprzeć.

Wyniki testu przyszły do mnie dopiero dzisiaj, po ponad 5 tygodniach czekania. Antycypowanego zaskoczenia jednak nie było - pochodzę wyłącznie z Europy, w przeważającej większości z jej części centralnej. Jestem Słowianinem (do czego śmiało można dołączyć jeszcze te dodatkowe 10% genów bałkańskich), a także - i to może jest to nieoczekiwane - Bałtem! Trochę krwi germańskiej i holenderskiej (ale w końcu to też są Germanie, prawda?) i na tym koniec. Pytanie, czy ta domniemana mieszanka genów ewokowała u mnie zamiłowanie do nauki języków słowiańskich i germańskich? W końcu germanistykę studiowałem, nieobcy jest mi czeski i rosyjski, a w końcu i nauki niderlandzkiego z zamiłowania się podjąłem. Jakoś do języków bałtyckich nigdy mnie nie ciągnęło - chociaż ostatnio miałem z nimi trochę do czynienia przy okazji badań nad twórczością młodego Mickiewicza w Kownie...

Nie jestem więc jednak szkockim góralem, baskijskim pasterzem czy też żydowskim księciem - no trudno.


piątek, 28 listopada 2025

Błogosławieństwa

Błogosławieństwo to słowo w języku polskim w pierwszej kolejności nacechowane religią. Nie o takim chcę jednak dziś napisać - ale o takim, któremu bliżej do angielskiego blessing lub też niemieckiego Segen; takie, którego istnienie, uświadomione sobie w trudnej chwili, napełnia człowieka poczuciem błogości.

Bo ostatnio o takich błogosławieństwach dużo myślę, a ostatnio, w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach życiowych, mogłem je nawet fizycznie odczuć. W stan euforii może mnie wprawić uroczy wiersz, świetna powieść, ładny widok czy też dobrze skomponowana muzyka (chociaż już nie tak często i intensywnie, jak miało to miejsce w młodości, i celowo pomijam tutaj wielkie słowa, do których mam podobno od zawsze skłonność), jednak w stan błogości - wyłącznie ludzie i ich czysto ludzkie, nieraz zaskakujące ujmujące zachowania. Jako że kilka dni temu przekroczyłem symboliczną granicę czterdziestolecia, spotkań z cudownymi ludźmi - osobistych i listowych, namacalnych i wirtualnych - było wyjątkowo dużo: w rozmowie, uścisku, tańcu, ale i przez telefon, w wiadomościach i zdjęciach wysyłanych przez kilka oceanów, w odpakowywanych kartkach z życzeniami i paczkach z podarunkami. Nic nie jest w stanie takiej błogości zastąpić, bo tylko ona jest w stanie dać poczucie cudownego spełnienia - i wrażenia, że dobrze się żyje w tym życiu; jak 

Kiedy rozmyślam sobie nieraz o depresji, przypomina mi się jeden z trudniejszych momentów, kiedy, mam poczucie, sam jej doświadczyłem: było to dość dawno temu, bo zimą 2011 roku, w grudniu, kiedy walcząc ze zmęczeniem wynikającym ze zbyt intensywnej pracy nad doktoratem, podważając w głowie sens wszystkiego i zaciskając zęby, aby się nie poddawać, pewnej nocy mierzyłem się ze straszną bezsennością - a była ona tak intensywna, jak rzadko kiedy bywa sama dzienna jawa. Bo wszystko wtedy wydawało mi się nie takie, jak być powinno: jako wynik mylnych decyzji, jako klęska. Po kilku godzinach takich bojów z własną psychiką nagle przyszło do mnie jednak pewne olśnienie - w postaci jasnych wspomnień z ostatnich kilku lat, ale nie odnoszących się do jakichś prywatnych sukcesów, pięknych, dalekich podróży, przeżytych spektakli teatralnych czy dreszczach, które wywołały we mnie wstrząsające lektury czy sentymentalne opery. Wszystkie te pocieszające obrazy wiązały się bezpośrednio z ludźmi, których miałem szczęście w swoim (wtedy krótkim) życiu poznać - nieraz blisko i dogłębnie, nieraz mniej intensywnie, bo niekiedy bywały to krótkotrwałe znajomości czy nawet przyjaźnie, nieraz tylko muśnięcie się o tę osobę, która mimo to pozostawiła w życiu jakiś istotny ślad, wytyczyła w odpowiednim momencie jakiś dobry bądź nowy kierunek. I nagle ta cała rozpacz zniknęła - leżałem tak z uśmiechem na twarzy i myślą, że jeśli nawet już jutro miało by mnie nie być, to i tak tak wiele szczęścia dane mi było w życiu doświadczyć, tak wiele dobrego przeżyć. I to zasługuje na największe docenienie, dla tego warto żyć. To jest właśnie moje błogosławieństwo.

*

Dziękuję Wam z całego, dobre i piękne dusze, które byłyście i jesteście w moim życiu i pozostaniecie w moim sercu i pamięci na zawsze.

The lark's on the wing;The snail's on the thorn:God's in his heaven—All's right with the world!

niedziela, 16 listopada 2025

Dziwne spotkania

Pierwszy kwartał tego roku szkolnego, kapryśny wrzesień i mglisty październik, przyniósł mi w darze trzy dziwne spotkania.

Żadne z nich nie było wcześniej zaplanowane, każde z nich pozostawiło mnie w kropce.

Dziwne, bo poza normą  trudno znaleźć na to jakiś trafniejszy przymiotnik.

*

Pierwszym z nich, odkładanym w czasie, ale w końcu całkowicie spontanicznym, było zetknięcie ze zmasowanym ludzkim nieszczęściem, maskowanym jednak cienką, rozpływającą się warstwą niestrawnego lukrowania. Niespełna półtoragodzinna rozmowa z osobą niegdyś bliską, poznaną w zasadzie na wylot, po latach płynąca sobie nienaturalnym meandrem przez przeróżne tematy "obok" – bo wszystko, co istotne i prawdziwe, pozostało w warstwie pozawerbalnej. Później szybkie pożegnanie, dosłownie tak, jakbyśmy mieli się spotkać jutro albo za trzy dni - wspólne wyjście na zalaną słońcem i upałem ulicę, buziak i "no to pa".

*

Drugim  tym najtrudniejszym  było spotkanie z nadchodzącą śmiercią. Zaproszenie, które nadciągnęło z eteru, dobry splot wspólnych osi czasowych, zrządzenie losu, że mogło do niego dojść  i rozmowa, w której nie wiadomo, co powiedzieć, bo wszystko brzmi płytko i nie na miejscu. Słowa rzucone w korytarzu kamienicy w obecności jakichś nieznajomych sąsiadów  pożegnanie, które ma być tym ostatnim. Czekanie na zamówioną taksówkę pod bramą i rzadkie poczucie próżni w głowie  i metafizyczny, ale jakże solidnie kojący powrót do świata bardzo żywych.

*

W końcu to trzecie, może najbardziej niepozorne, najbardziej w biegu i znowuż nie takie rzadkie  kawa wyrwana z dnia pracy. Spotkanie rozgadane, klejące się, szczere  ale pozostawiające mnie w poczuciu życiu w bańce nieprzystającej do tej drugiej bańki (a przecież kiedyś to wszystko wyglądało tak zupełnie inaczej...) Kilka godzin później powracające w myślach, kiedy na spokojnie zadaję sobie w głowie pytanie: co ja tutaj w zasadzie robię...




Samotność trwa (Suzanne Vega)

Suzanne Vega Samotność trwa Samotność stoi przy oknie Odwraca swą głową gdy wchodzę do pokoju Widzę po jej oczach, że czekała Stojąc w przes...